czwartek, 10 września 2009

Zupa z liściem sałaty


Składniki:
25-30 dag soczewicy, w miarę możliwości zielonej (istnieje jeszcze czerwona, różnią się kolorem)
2 średniowymiarowe cebule
2 marchewki (też takie średnie)
pelati (przecier pomidorowy - tylko nie taki skoncentrowany, a raczej w formie papki, występuje głównie w kartonikach, krojone pomidory też dają radę)
1 butelka wina różowego
czosnek (może być świeży, może w granulacie)
odrobina sałaty
tak ze 2-3 litry wody
składniki na bulion (czyt. albo kostka rosołowa, albo też bulion wegetariański). Można się rzecz jasna bawić w przygotowywanie bulionu, acz....
oliwa

Przyprawy: ziele angielskie, liść laurowy (nieobligatoryjnie), nieprzyzwoite ilości rozmarynu, kolendra (nasiona, pod żadnym pozorem liście, bo smakują mokrym kotem; też nieobligatoryjnie), sól, pieprz.

Przepis:
Przygotowujemy bulion i wrzucamy doń soczewicę. Porzucamy na jakieś 30 minut na wolnym ogniu, tak żeby zmiętkła bestia.
Nalewamy sobie wina i popijamy odrobinę. Gotowanie ma być przyjemne. Krok ten powtarzamy w miarę potrzeby i zamiłowania
Siekamy cebule, marchew trzemy na grubym tarle. wrzucamy na rozgrzaną lekko oliwę najpierw cebulę, potem marchew. Smażymy póki większość cebuli się nie zeszkli. Istotne jest, by nie pomylić cebuli z marchwią podczas obserwacji - marchew z natury rzeczy trudno zeszklić. Część cebuli która się nie zeszkli będzie potem fajnie chrupać w zupie.
Do marchwi i cebuli wrzucamy pelati, podgrzewamy. Mniej więcej w tym momencie powinna zejść druga lampka wina.
I jeszcze lampeczkę. Soczewica akurat powinna dojść.
Zawartość patelni wrzucamy do garnka.
W tym momencie orientujemy się, że na liście składników nie było śmietany. Szybciutko biegiem do sklepu. Nabywamy tak ze dwie czubate łyżki prostej 18%. Dodawanie śmietany to trochę jazda - trzeba ją najpierw do osobnego garnuszka i powoli dodawać do niej gorącą zupę, mieszając ciągle. Inaczej się franca zetnie i będą grudki. Kiedy śmietana jest już rozprowadzona z zupą, gorąca i w ogóle, to wlewamy ją z powrotem do garnka. Od tego momentu rozsądnie jest zupy nie doprowadzać do wrzenia (dla dobra śmietany)
Teraz bawimy się w przyprawianie. Najważniejsze w tym biznesie to: rozmaryn i czosnek. Liścia laurowego zwykle nie daję (bo zapominam w sumie). Kolendrę (tak z paręnaście ziaren) i ziele angielskie (jedno do dwóch) rozbijamy z moździerzu i wrzucamy. Potem rozmaryn (tak hm... no hojnie, z płaską małą łyżeczkę; do trzech, powinno go być dość mocno czuć). Zamieszać i zestawić z ognia.
Jak trochę ochłonie próbujemy - pewnie jest średnia. Ha! W tym momencie popijamy trochę wina i dorzucamy czosnku. Zwykle korzystam z granulatu, bo jest szybszy, łatwiej go dozować i nie czuć go na ręcach przez kolejne dwa dni. Kulinarni faszyści mając świeży - przeciskają przez praskę, siekają, czy w dowolny inny sposób doprowadzają do stanu amorficznego. Wrzucamy. Zupa gotowa...
Kończymy wino.
Lekko mętnym wzrokiem patrzymy na sałatę. Wpychamy ją pod wannę. Demony też coś z życia muszą mieć.

Teraz tak - opcje:
nie wspominałem o pieprzu i soli. To wedle uznania, najlepiej pod koniec gotowania. Jeżeli chcemy zagęścić zupę bardziej, to polecam mąkę kartoflaną - rozprowadzić lekko z wodą (firlejką) i dolać. W temperaturze bliskiej 90C ładnie gęstnieje. Dosypywanie bezpośrednio raczej się nie sprawdza. Kartoflana lepsza od zwykłej, bo mniej strąca smak i nie barwi na mdłe kolory.
jak najbardziej dozwolone są inne przyprawy, zgodnie z upodobaniami. Powinno np. pasować oregano. Wszystkie przyprawy dodajemy pod koniec, bo większość zielska traci smak przy obróbce cieplnej (szczególnie oregano, bazylia i pietruszka; chili dla odmiany nie da się zabić żadną ilością temperatury).

Tyle. Jeżeli kolacja nastawiona jest na zdobywanie, to obowiązkowo należy zupę zadać lubczykiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz