sobota, 12 grudnia 2009

Bawarskie kartofle.

Potrawa która debiutowała na pewnej Anty-wigilii. Nauczyłem się jej kiedyś na wymianie studenckiej, mieszkając w słoweńskim Mariborze. Nazwa robocza: kartofle po bawarsku.

Otóż - bierzemy grupę kartofli i gotujemy. Zwykle tak z 12 sztuk, ale cale przedsięwzięcie jest dość na oko, więc nie zabijałbym się o konkretną liczbę. Kiedy kartofle dojdą już (w sensie że będą miękkie, a nie spocone i jęczące) odsączamy je i mówimy do nich delikatnie. To powinno uśpić ich czujność przed następnym etapem.

Gdy są już zrelaksowane nagłym ruchem wrzucamy je do maszynki i bezwzględnie mielimy. Nie należy zwracać uwagi na wrzaski, na tym etapie są już ugotowane. Kiedy zmielimy je dokładnie (warto dwa razy, gdyby jakiś się schował) dorzucamy do całości puchę śmietany i mieszamy, można dodać trochę mleka jeżeli są zbyt twarde.

Teraz należy zasztyletować dwie cebule i posiekać w kostkę. Broczące i surowe dorzucamy do kartofli. Dodajemy jakieś 5-6 łyżek octu, sporo pieprzu oraz uprzednio posiekanego szczypiorku. Mieszamy wszystko i wstawiamy do lodówki, by danie ochłonęło. Zmaltretowani gotowaniem i rzezią warzyw udajemy się do pobliskiej knajpy by zalać sumienie.

Całość może wydawać się na wstępie dość dziwna, ale gwarantuje iż na każdej imprezie danie jest odbierane bardzo pozytywnie. Ma też tą zaletę, że podaje się je na zimno, co wydatnie ułatwia sprawę na imprezie z dużą ilością gotowania i tylko jedną kuchenką.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz